„… aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa…”

Chodzi mi o to, aby język giętki
Powiedział wszystko, co pomyśli głowa:
A czasem był jak piorun jasny, prędki,
A czasem smutny jako pieśń stepowa,
A czasem jako skarga nimfy miętki,
A czasem piękny jak aniołów mowa…
Aby przeleciał wszystka ducha skrzydłem.
Strofa być winna taktem, nie wędzidłem.

Przez wiele wieków w języku polskim królowały barbaryzmy i makaronizmy, wtrącenia z obcych języków. Okresowo w słownictwie naszych przodków prym wiodła łacina, język francuski, niemiecki. Dziś najczęściej używamy zapożyczeń z języka angielskiego, najlepiej widocznych w języku korporacji: deadline, challange, brief, ASAP, „fakap”, FTE.. i wiele innych.

Ale ja dziś wcale nie chce pisać o korpomowie, a o języku polskim w postaci podstawowej.

Jesteśmy w Polsce, nasi bliscy mówią po polsku (chociaż, różnie bywa), pisać i czytać uczymy się od podstawówki przez blisko 12 lat szkoły, a i tak bardzo duża część społeczeństwa poprawnie wysławiać się i pisać nie potrafi. Każdego dnia udowadnia mi to FB:

„Angelica jak tam tata muszę go odwiedzić”

„Był P.Łukasz w Tarnowie i miałam okazję poznać  Świetny kucharz pełen pasji i przede wszystkim wspaniały i otwarty ciepły człowiek z chęcią dzieli się Swoim umiejętnościami polecam wszystkim i pozdrawiam oczywiście Pana Łukasza” – zdania tego typu, długie i bez przecinków, brzmią dobrze tylko w tłumaczeniu „Mistrza i Małgorzaty”!

„Udostępniony przepis na pewno będzie dużo chętnych na ten przepis”

„Z chęcia wypróbujemy nowy przepis lepiej smakuje grill” – smacznego żelastwa.

„Dodaję do chlebka pestki słonecznika jako posypka na ciasto do salatek ale sosu na nich nie robłam ciekawy przepis” – znów ktoś zapatrzył się na tłumaczy Bułhakowa.

„Omg ale pyszności ślinka cieknie od samego patrzenia A pewnie jak smakuje chciałabym to spróbować” – co to jest za składnia??

Szanowni ignoranci ojczystego języka, jego składni, interpunkcji i ortografii! Błagam! Nie liczcie na to, że jakiś polonista będzie Wam poprawiał pracę licencjacką, dyplomową czy magisterską, wszelkie tomiszcza Waszych rocznych wypocin – na poczekaniu i za darmo!

Pojęcie podstawowych zasad rodzimego języka nie jest wiedzą tajemną. Polonista nie jest osobą, która dostała dyplom tylko i wyłącznie za hobbistyczne czytanie książek.

Wielokrotnie sprawdzałam prace, które wypadałoby napisać od nowa. Dla niektórych po przyjacielsku zarywałam noce, a praca i tak nie była idealna. Poloniści potrafią być cudotwórcami, ale tylko rzeczy niemożliwe robią od ręki, na cuda trzeba poczekać.

Pamiętajcie również, że poprawianie bełkotu bez ładu i składu i „nie po polskiemu”, nie jest dla polonisty rozrywką, a katorgą. W pierwszej kolejności bowiem muszą wydedukować, co szanowny autor miał na myśli!

Jeżeli już wypatrzyłeś w swoim otoczeniu przyszłą ofiarę Twojej grafomanii, uprzedź ją o planowanych torturach odpowiednio wcześnie, by miała czas na oswojenie się z myślą o długotrwałych męczarniach.

A na koniec, jeżeli podziwiasz umiejętności programistów w posługiwaniu się ich swoistym językiem programowania, to wypadałoby również docenić polonistów, których języka nigdy nie opanowałeś, a którego uczysz się całe życie.

PS Jest tyle stron internetowych, które uczą poprawności języka polskiego. Jest przecudowna Paulina Mikuła, którą uwielbiam, zdradzająca tajniki języka polskiego na YT. Dalej jednak ludzie wbijają mi sztylety w uszy, którymi szatkują mój mózg na konsystencję tatara, mówiąc: „weszłem”, „poszłem” lub nawet „wejszłem!”, „włanczam”, „wziąść”, „wymyśleć”, „lubieć”, „swetr” – a te przykłady to dopiero niewielki procent błędów. Kochani, umiejętność wysławiania się, świadczy o Was nawet bardziej, niż Wasze ubrania, biżuteria, samochody, czy inne dobra materialne.

handwriting-1939130_1920

Reklamy

26 uwag do wpisu “„… aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa…”

  1. Walimy byki mniej lub bardziej świadomie.
    (nie, nie będzie o zoofilii tylko o bykach językowych)

    Najzabawniej bywa, kiedy błąd pojawia się wskutek galopady mózgułów: myślami jesteśmy już trzy akapity dalej, a język nie NADANRZA. Moje ulubione (z autopsji):

    – Podaj mi tor tąbę (zamiast: Tą torbę). „Tortąba” trafiła na dobre do naszego rodzinnego kanonu.

    – Fajek, powiem ci coś sławnego (zamiast: Sławek, powiem ci coś fajnego)

    I najlepsze na koniec:

    – Słąba tronia

    O słąbie tronia nawet popełniłem wierszyk swego czasu: https://xpil.eu/slaba-tronia/

    Polubienie

      1. (Prawdopodobnie temat na jakieś inne miejsce, ale co mi tam)

        Jest cała gama wyrażeń klasy „domki w Słupsku”, gdzie zamiana pierwszych liter/sylab/itd. daje w wyniku inne, sensowne wyrażenie (najlepiej jakieś niecenzuralne). Swego czasu pasjonowałem się zbieraniem i wymyślaniem tego typu perełek. Stój, Halina! Pradziadek przy saniach. Prababka niesyta. Koń nad wałem. Duża kupa. Mała generała paczka. Chyży rój w cichej lipie. Tenis w porcie. Cała para. Równo z górki. Kurzył dziadek na urwisku (ewentualnie: Jerzy rybak kurzył na urwisku). Kolonista z piłą. Silnik w promie. Wicek w cynie. Sypać rowy. Pasaż mały. Chór wujów. Pradziadek pod Saltem. Gra babka w salopie. Kot Londona. Barwa na kurierze. Krówki w mroku. Głód w parku. London w kasku. Słynna praczka. Cała z lipy. Sodium do prania. Mądra Jola, ale mała jak płot.

        I tak dalej, i tak dalej, można tego wynaleźć na tony 😉

        Polubienie

  2. Ja po zesłaniu na Podbeskidzie przeżyłem szok językowy. Pomijając już fakt, że tu dzieci bawią się na polu, a nie na dworze czy podwórku, moje koleżanki z pracy co chwilę zwalały mnie z nóg swoją „lokalną polszczyzną”. Na porządku dziennym były zwroty typu: „pomóż, bo mi się drukarka zatła” , „moje dziecka tego nie lubią” , „w domie mam to czy tamto” , „ja cofię, a jakiś baba mi wlazła pod koła” , „wytłumaczę mu to po męskiemu”. Do tego notoryczne mylenie „przynajmniej” z „bynajmniej” i używanie „miejscówka” zamiast „miejsce”. Dodam, że nie pracowałem w fabryce, tylko w banku i moje koleżanki miały wyższe wykształcenie. Długi czas zastanawiałem się, w jaki sposób zdały maturę. Wytłumaczenie jest proste – nauczycielki w jakichś Lalikach, Wieprzach i typ podobnych, mówią dokładnie w ten sam sposób. No i jeszcze jedno. Tu prawie nikt nie wymawia „t+rz”. W zamian za to jest czeci, czeba, czasnąć itp.
    Najgorsze jest to, że po spędzeniu ponad dziesięciu lat w okolicy, gdzie mam do czynienia z gwarami śląską, cieszyńską i podbeskidzką, sam zaczynam nabierać dziwnych nawyków językowych.

    Polubienie

    1. Typowe dla pewnej społeczności regionalizmy i gwary są interesujące, niekiedy nawet urocze. Do dziś przepadam za zamojskim „wchódź” zamiast „wejdź” i szczerze mówiąc, zawsze bawi jak za pierwszym razem. Jednak Są one również źródłem nieporozumień. W latach kiedy dorabiałam jako kelnerka, pewna pani zrobiła awanturę o pierogi z borówkami. Ona zamówiła właśnie borówkowe, tak było napisane w menu. Tymczasem otrzymała pierogi z jagodami. Niestety pani nie słyszała o regionalizmach, i ona spodziewała się, że otrzyma pierogi z borówkami a nie jakimiś podrzędnymi jagodami. Ale to temat na całkiem obszerny, inny post:)

      Polubione przez 1 osoba

      1. Właśnie, zapomniałem o borówkach! Moja druga połowa (tutejsza, więc „borówkowa”) od lat przekonuje mnie, że borówki to nie gwara, a zdrowy rozsądek. Fachowa nazwa tych owoców to „borówka czarna”, a „jagoda” to owoce obojętnie czego. Trudno się z tym nie zgodzić. Ale co ma zrobić człowiek wychowany na „jagodziankach”? I trudno tłumaczyć, że jagodzianka, to taka drożdżówka. Drożdżówek też tu nie ma, są kołoczyki. Mogę to tylko skwitować stwierdzeniem, że podróże kształcą. Nawet jeśli nie są specjalnie dalekie.

        Polubienie

      1. Bynajmniej ?
        Od urodzenia kilkadziesiąt lat w Szczecinie, potem trochę w Wawie,teraz od kilkunastu lat Śląsk. I bez „bynajmniej” twi

        Polubienie

      2. Twierdzę ,mając na studiach kolegów z całej Polski, że trudno o czystszą polszczyznę niż w Szczecinie. No może na przedwojennych kresach?☺

        Polubienie

  3. XPIL (29.6.2017): Better late than… Kołośmy wynaleźli… Roku pańskiego 1992 wydano w Polszcze „750 razy gra półsłówek” z fantanstycznymi rysynkami Mistrza Szymona.

    Polubione przez 1 osoba

  4. Obywatele wypowiadają się tak jak umieją, a że coraz mniej umieją, to inna historia. Bardziej niż slang sklepowy i uliczny boli mnie język mediów, zarówno tych mówionych, jak i tych pisanych. Wciąż się zżymam czytając doniesienia prasowe i słuchając audycji radiowych. Składnia, logika, interpunkcja, a nawet ortografia są w mediach, moim zdaniem, na coraz gorszym poziomie. Czy te teksty sprawdził wcześniej jakiś redaktor? Tak myślę wówczas. A przecież wiem, że większości z tych komunikatów oko redaktorskie nie widziało, bo kogo dziś, prócz kilku faszystów językowych, obchodzi składnia. Po kilkunastu latach pracy w zawodzie zorientowałem się, że źle fach wybrałem. Redagowanie, to dziś zajęcie na wymarciu. Niemal nikomu niepotrzebne.

    Polubione przez 3 ludzi

    1. Może nieco nie na temat, ale prawie: warto też wspomnieć o bełkocie języka korporacyjnego, który skutecznie maskuje problemy managementu, jednocześnie sprawiając, że człowiek „z ulicy” nie jest w stanie pojąć 80% treści. Bardzo dobry artykuł wpadł mi niedawno pod mysz, polecam lekturę w wolnej chwili (o ile czytasz po angielsku): https://www.theguardian.com/news/2017/nov/23/from-inboxing-to-thought-showers-how-business-bullshit-took-over

      Polubione przez 1 osoba

      1. Dziękuję. Z prwnością przeczytam. Też ubolewam nad językiem korporacji, który sugeruje, że ludzie rozmawiają o jakiś magicznych zaklęciach. Tymczasem treści ukryte w tym języku nie są niczym skomplikowanym;)

        Polubione przez 1 osoba

      2. Artykuł czytałem jakiś czas temu. Pokrywa się w znaczącym stopniu z doświadczeniami osobistymi, tyle że na polskim gruncie. Miałem okazję pracować długo, za długo, w firmie, której kierownictwo uważało ją za korporację. No i język korporacyjny się wkradał. Do naszego działu jednak dość powoli, bowiem… byliśmy działem redakcyjnym 😉 Bezlitośnie spolszczaliśmy wszystkie te „dedlajny”, bo się da właściwe wszystko spolszczyć, wystarczy mieć przyzwoity zasób słownictwa. Nieco się zmieniło, kiedy na skutek „polityki kadrowej” oraz kolejnych „optymalizacji” w dziale zaczęli pojawiać się coraz młodsi pracownicy. Wydaje mi się, że byli mniej odporni na mowę korporacyjną, przyswajali ją. Może w imię szybszej komunikacji.

        Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s