Toksyczne związki

        Znajomy z lat studenckich miał przyjaciela, Jacka. Chłopaków połączyła miłość do motocykli, kobiet, imprez i bardzo realnie – praca na kuchni u Irlandczyka, który miał knajpę na ulicy Szpitalnej w Krakowie. Jarek w przerwach między imprezowaniem a pracą, studiował. Nie zdobył magistra z najwyższą lokatą, ale jednak mógł go wpisać na listę swoich małych triumfów. Wraz ze studiami skończyło się stypendium socjalne, a zatem musiał poszukać pracy na tyle dobrej, aby utrzymać się w swojej małej krakowskiej Arkadii. Jacek natomiast poza motocyklem i pracą nie miał w życiu zbyt wiele. Kiedy zostawiła go dziewczyna popadł w alkoholowy cug. Tracił pracę za pracą, bo albo nie pojawiał się w niej wcale, albo w stanie głębokiego upojenia. Z policją miał przyjemność obcować wiele razy w tygodniu, a radiowozy i policyjne suki znał już na pamięć. Jacka z opresji zawsze ratował Jarek, odbierał z komisariatu, z Rozrywki 1 (kto z Krakowa ten wie, co tam jest;)); brał za typa odpowiedzialność, gdy policjanci przywozili Jacka pod jego dom, pomagał spłacać długi. Nawet gdy Jacek zbyt długo się nie odzywał, Jarek z zatroskania przemierzał wszystkie ulubione miejscówki straconego chłopca, by sprawdzić, czy ma się dobrze. Byli jak stare małżeństwo, tylko nie dobre, a patologiczne. Wierzcie mi, w najgorszych momentach stan Jacka nie był w niczym lepszy od formy faceta, który od lat sypia na ulicy i wybiera odpadki z kosza na śmieci.

Po kilku latach sytuacja się zmieniła, Jacek ogarną się, wyszedł na prostą i przestał potrzebować swojego „Wiernego Rusłana”. Nie okazywał zainteresowania spotkaniami z Jarem, unikał go i olewał. Czy taką reakcję wywołał wstyd wcześniejszych akcji? Pogarda do samego siebie i brak odwagi, by spojrzeć kumplowi w oczy, po tym wszystkim, co z nim przeszedł? Nie mam pojęcia i pewnie nigdy się nie dowiem. Wiem jednak, że gdy Jarek znalazł się w potrzebie, Jacka przy nim nie było…


Kiedyś zapytałam Jara, czy nie ma do niego żalu? Czy nie wkurza go myśl, o tych wszystkich straconych nocach, o zmarnowanym na Jacka czasie? Powiedział mi wtedy, że każdy z nas ma swojego Jacka, który milion razy cię oleje, zostawi w potrzebie, który zadzwoni, gdy będzie miał do ciebie interes, który karmił się będzie twoją empatią, uczuciem, wyrzutami sumienia i dobrocią, która mu okazujesz. Nie ma się jednak co oszukiwać, on nigdy w tej przyjaźni nic nie da od siebie. Jak wampir wypije z ciebie trochę radości, będzie się pławił w twoim szczęściu zabierając trochę jego blasku ze sobą, a zostawiając po sobie błoto na dywanie i odór kpiącej z twojego świata nienawiści.


Wtedy jeszcze nie rozumiałam do końca, o co mu chodzi. Próbowałam się doszukać w swoim otoczeniu „mojego Jacka”, ale nikt nie pasował do charakterystyki. Ucieszyłam się tym nawet, przecież to fantastycznie mieć tylu przyjaciół i być z nimi w relacjach, które nie wysysają ze mnie energii i nie zmuszają do brania nieustannej odpowiedzialności za drugą osobę. Ale stwierdzenie, tak oczywiste i równocześnie trudne do zdefiniowania nie dawało mi spokoju. Postanowiłam przyjrzeć się relacjom moich znajomych z ich przyjaciółmi, rodzicami, rodzeństwem.

Wniosek był jeden, niezbyt pocieszający –  prawie każdy „ma swojego Jacka”.

Chłopak przyjaciółki, kompletny egoista, który nie widzi na świecie nic poza czubkiem własnego nosa. Zawsze musi być w centrum uwagi, a jego życie bez dramatów przestałoby mieć sens. Na randkach zajęty jest dyskusjami z koleżkami przez massangera, na imprezach brylujący wśród wianuszka dziewczyn. W swoim repertuarze ma maski na każdą przydarzającą się okazję, a karmi się zachwytem otoczenia. W tym wszystkim ona zakochana do szaleństwa, w różowych okularach skutecznie niwelujących wszelkie ostre obrazy, gotowa wybaczać zawsze i więdnąć w jego radioaktywnej aurze.

Młodsza siostra kumpla, biorąca wszystko dla siebie. Wartościująca świat według najlepszych paczkowych imprezowiczów, niewidząca wystarczająco blisko, by dostrzec, że jej brat ma również jakieś potrzeby, że kocha ją i przychyliłby jej nieba. W jej mniemaniu to niebo się jej przecież należy, on natomiast ma być jedynie niewiele znaczącą drabinką ku szczęściu. Kup, zawieź, przywieź, pożycz… Tylko „dziękuję”, jakoś przez gardło nie przechodzi. Za każdym razem, gdy wypada już jakąkolwiek wdzięczność okazać, daje jej wyraz mimochodem, z głupawym uśmiechem i wzrokiem godnym politowania.

Przykładów znalazło się co nie miara: koleżanka, która ze szczegółami zwierza się z życia, ale zupełnie jej nie interesuje twoje, po czym porzuca cię dla innego powiernika; znajomy, który cię unika, nigdy nie ma czasu na spotkanie, chyba, że! sam je wymyślił; kumpel, który nie spłaca starych długów, puszcza je w niepamięć i bez skrupułów chce zaciągnąć kolejne; dziewczyna, przyjmująca twoje ciepło, towarzystwo, radość z życia, daje nadzieję, a później umawia się z twoim kumplem.

Związki międzyludzkie, które udało mi się dostrzec, są związkami toksycznymi, antagonistycznymi, a nawet pasożytniczymi. Każdy Jacek pod przykrywką symbiozy zaczyna czerpać od swojej ofiary, emocje lub/i korzyści materialne. Paradoksalnie osoby, w których widzimy słabego człowieka, którym niezbędna jest nasza rada, pomoc czy wsparcie są o wiele silniejsze od nas. My, ślepi nie dostrzegamy, że należałoby się zdystansować, założyć ochronną zbroję i nie pozwolić zrobić z siebie ofiary. Często powstrzymują nas od tego skrupuły, nie chcemy, aby ktoś poczuł się odtrącony, niedoceniony.  Może jednak, zanim nasze serca się rozmiękczą i otworzą na oścież, zastanowimy się, czy z tego wszystkiego my nie jesteśmy wykorzystanymi looserami?


Ja z „moim Jackiem” widuję się wystarczająco rzadko, by nie czuć się ograbiona z emocji, a na tyle często by „Jacek” nie zapętlił się w kłębiących się w nim frustracjach, które mógłby ewentualnie na mnie wylać przy nadarzającej się okazji. Czy ta relacja jest dobra? Nie, ale o dziwo obustronnie całkiem nieźle funkcjonuje.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Toksyczne związki

  1. Też miałam takiego „Jacka”! Był nim gość, który w liceum odniósł pewne powodzenie na polu sportowym, a potem dobiegając trzydziestki wciąż śnił ten sam sen, że kiedyś osiągnie sukces. Teraz jest po trzydziestce i dalej żyje u rodziców, ogólnie rzecz ujmując ma bardzo januszowe podejście do świata, lubiąc otaczać się tylko tymi, którzy go adorują i mu kibicują. Dopiero po latach widzę, jak toksyczna jest to postać.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s