Kiedy rozum śpi, budzą się demony…

         Na egzaminach do służb mundurowych przechodzi się psychotesty. Mają one wykazać, czy w świecie pełnym wariatów znajdują się jeszcze jednostki, których uwarunkowania psychiczne pozwalają na przynajmniej minimalny kontakt z bronią palną lub jazdę samochodem z „kogutami”. Delikwenta, który wymarzył sobie w dzieciństwie zostać policjantem, strażakiem, wojskowym etc. czeka zatem szereg testów pisemnych, w których pytań jest całe setki, ale skonstruowane są tak, by oscylować wciąż wokół tych samych tematów. Psychologowie mają za zadanie wywnioskować z nich, czy w pierwszym pytaniu pisząc „Nie nadużywam alkoholu” nie skłamaliście, stąd po drodze pojawia się szereg pytań pobocznych, bardzo podchwytliwych.  Rozmawiając pewnego razu ze znajomą, która ma niepisaną przyjemność niniejsze testy przeprowadzać usłyszałam interesującą historię.

         Podczas jednego z naborów (mało ważne w tym momencie do jakich służb) pojawił się, nazwijmy pana roboczo, Jurek. Nie mam nic do Jurków, to bardzo sympatyczni faceci, jeśli kierować się aparycją jednego Jurka, którego znam. W każdym razie ten Jurek na pytanie, czy nadużywa alkoholu, odpowiedział przecząco. Pytanie kolejne natomiast brzmiało „Jak często i przy jakich okazjach spożywa Pan/Pani alkohol?”. Nasz delikwent, szczery chłopak, chcąc pozostawać w zgodzie ze swoim sumieniem, pochwalił się swoim hobby. Otóż Jurek z zamiłowaniem zbierał wódki smakowe, różne smaki, różne firmy. I nie byłoby w tym nic specjalnie dziwnego, gdyby nie to że każdego wieczoru urządzał sobie degustację niektórych egzemplarzy ze swoich zbiorów. Niby nic, dwa, trzy kieliszki słodkiej nalewki przed snem przecież nikomu jeszcze nie zaszkodziło. A jednak!

Według wytycznych psychologów, autorów klucza do testów, człowiek, który uprawia takie hobby należy do grupy alkoholików nieświadomych; alkoholików, którzy nie zdają sobie sprawy z uzależnienia związanego właśnie z codzienną celebracją kieliszka przed snem, czy piwa do obiadu. Nie robią oni awantur, maja pracę, dobre relacje z ludźmi, ale wieczoru bez kieliszka sobie nie wyobrażają.

Okazuje się, że coraz częściej problem z alkoholem mają ludzie, którym życia potrafimy zazdrościć, bo jest według nas tak idealne, że aż nierealne.


Louise Delage - gwiazda instagrama i kampanii społecznej
instagram luise.delage

Nierealne jest również życie Luise Delage, 25 –letniej Paryżanki, która swoim perfekcyjnym światem zachwyciła setki tysięcy użytkowników Instagrama. Ci, którzy o niej już słyszeli mogą scrollować do końca, tym którzy jej nie znają powiem, że postać i konto Luise zostało utworzone sztucznie w ramach kampanii Addict Aide. Francuzka dzieliła się ze swoimi „podglądaczami” zdjęciami z podróży, pięknych hoteli, codziennych rozrywek, imprez, kolacji w gronie przyjaciół i rodziny. Na każdej fotografii występuje jednak w towarzystwie nieodłącznego kompana – alkoholu. Kolorowe drinki na rajskiej plaży, piwko wieczorem w pubie, wino przy kolacji to stałe elementy jej zdjęć. Teraz gdy już wiemy, że dziewczyna była twarzą kampanii nawołującej do czujności, trzeźwości i umiaru dostrzegamy, że na niektórych ujęciach butelka piwa została umieszczona nawet zbyt nachalnie, nienaturalnie. Jednak przez wiele miesięcy nikt jakoś specjalnie nie zwracał na te szczegóły uwagi. Rzesze fanów zachwyciły się bajecznym życiem Luise i nawet nie pomyślały, że dziewczyna może mieć bardzo poważny problem.


Oczywiście pasjami pite wino uznawane jest za sport narodowy Francuzów, tak jak wódka w literatkach jest specjałem polskim, czy dalej na wschód – rosyjskim. Niemcy są uznawani za piwoszy, a Szkoci za koneserów (nomen omen) szkockiej. Wiele ludzi przyłożyło do tych opinii rękę i poświęciło gardło, nie zmienia o jednak faktu, że koneser może być alkoholikiem.

      Do niedawna za uzależnionych od alkoholu uważano żuli i meneli spod sklepu, robotników fizycznych i wszystkich tych, którym wiodło się gorzej, więc swoje smutki przyćmiewali alkoholową mgiełką. Nasza generacja również pije, pije dużo, i to nie po to by nieprzytomnym zalec pod monopolowym na poduszce z niestrawionego jeszcze kebsa. Nasze pokolenie pije po to, aby się rozluźnić, bo szef w pracy nas zgnoił; bo deadline się zbliża, bo uczestniczy w pieprzonym wyścigu szczurów, z którym sobie nie radzi; pije bo ma problemy w towarzystwie, a po alko łapie się jakieś takie „floł”, żarty sypią się jak z rękawa, a towarzysze trunku darzą nas sympatią.

      Okazuje się, że jesteśmy tak innowacyjni, my pokolenie korporacji, ze wymyśliliśmy alkoholizm weekendowy. Cały tydzień prześladuje nas uporczywa myśl o tym, aby dotrwać do piątku. Skreślamy kratki w kalendarzu, a już w środę popołudniu zaczynamy snuć plany. Kiedy nadchodzi upragniony piątek, piąteczek, piątunio, natychmiast po pracy zaczynamy wielkie weekendowe świętowanie. Piątek celebrujemy do późnej nocy, niektórzy do wczesnych godzin porannych. Sobota upływa nam na spaniu, próbom ogarnięcia się, co można wrzucić w worek podpisany „kacowanie”, a następnie na planowaniu sobotniego wieczoru. Idziemy dalej w opór powtarzając błędy, których jeszcze rano, czując uporczywy ból głowy, helikoptery i nudności, obiecywaliśmy samym sobie więcej nie popełniać. Niedziela nadchodzi niespodziewanie, ale to przecież też ważny dzień tygodnia (bo wolny!), nie chcemy go zmarnować, więc staramy się podtrzymać nasz organizm na poziomie lekkiego upojenia alkoholowego, tak by kac dopadł nas dopiero wieczorem, albo najlepiej w nocy, kiedy organizm z zaciętością maniaka będzie próbował przywrócić swój stan do ustawień fabrycznych. Udaje mu się to lepiej lub gorzej, w zależności od poziomu wyeksploatowania materiału, więc kacuje się również w poniedziałek psiocząc na ten najgorszy dzień, odsypia się do wtorku, a już we środę znów zaczynają się krystalizować plany na kolejny weekend, którym chcemy się zresetować po trudnym tygodniu. Chciałoby się powiedzieć samo życie?


          Z reguły do kieliszka nikomu nie zaglądam, nie prawie kazań, nie nawracam, chociaż może czasem powinnam. Tego być może dla niektórych przydługiego wywodu nie oparłam na badaniach naukowców i psychologów, a na prywatnych obserwacjach i stwierdzam, że alkorelaks stał się dla wielu z nas, młodych (jeszcze się za młodą uważam), stylem bycia, modą, lekiem na „ciśnienie”, który ma wiele skutków ubocznych. Warto włączyć system alarmowy, w którym zapali się od czasu do czasu czerwona lampka, sygnalizująca, że kiedyś chcielibyśmy mieć wspomnienia prawdziwe, żywe i kolorowe, a nie flashbacki z mglistej (może nawet gorącej, ale w większości zapomnianej) sobotniej nocy. Lampka, która obudzi nasz rozum, bo kiedy on śpi… budzą się demony.

Przed zbliżającym się weekendem życzę prawdziwego relaksu i rozpoczęcia poniedziałku w życiowej formie, a nie w postaci zmartwychwstających zwłok po apokalipsie zombie 😉 I oby nie wszystkie fotki na Instagramie były z kieliszkiem 😉

PS Jurek dzięki dobrej protekcji do służby się dostał i nadal pasjami kultywuje swoje hobby, no cóż, życie…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s